Producent:
Pandemic Studios
Wydawca PL:
EA Polska
Gatunek:
Akcja
Tryb gry:
Single / Multiplayer
Premiera:
wtorek, 13 stycznia 2009
Premiera PL:
piątek, 16 stycznia 2009
Wymagania:
» Core 2 Duo 2.4 GHz
» 1 GB RAM
» karta grafiki 256 MB (GeForce 7800 lub lepsza)
» 6 GB HDD
» Windows XP/Vista
Testowano na:
» Intel Core 2 Duo
» 1 GB RAM
» Grafika: 256 MB
Czyżby Pandemic Studios zwariowało? Ich ostatni tytuł, czyli druga część Mercenaries, był – delikatnie mówiąc – słaby, ale nie mam o to żalu. Wypadek przy pracy, pośpiech – różnie można to tłumaczyć. Ale Władca Pierścieni – Podbój nie powinien w ogóle powstać. Jako fan filmowej trylogii Jacksona jestem sfrustrowany i czuję się oszukany. Producent, który jeszcze nie tak dawno robił świetne gry, spłodził tytuł poniżej wszelkiej normy.
Zanim jednak przejdę do wytykania błędów, w skrócie powiem, o co chodzi. Gra pozwala wziąć udział we wszystkich ważniejszych bitwach przedstawionych w trylogii Władca Pierścieni. Przejmujemy kontrolę nad dzielnym rycerzem i razem z towarzyszami szlachtujemy wrogów. W tle przygrywa wspaniała muzyka Howarda Shore’a, podziwiamy znajome miejscówki i generalnie jest fajnie. Ponadto zdobywamy punkty na mapie, bronimy ważnych strategicznie miejsc i korzystamy z machin oblężniczych.
Deweloper zapewniał, że bitwy będą miały charakter epicki. Podobno do 150 jednostek naraz. Trzymajcie mnie, bo zaraz padnę ze śmiechu! Zwykle na jednym ekranie jest dwadzieścia kilka jednostek. W porywach może maksymalnie trzydzieści pięć, ale to w porywach. A może i to za dużo. Kolejna rzecz. Lokacje miały być olbrzymie. Teraz pytanie. Jak duże muszą być mapy, aby pomieścić tylko trzydziestu chłopa? Pola Pelennoru – najlepszy przykład. Owszem, lokacja jest nieco większa niż inne, ale co z tego, skoro biega po niej tak niewiele jednostek? Pustka i nędza. Ale producent to wyjątkowa cwana bestia. Wykombinował, że w tle widać animowane, nie reagujące na nasze ciosy jednostki, co ma budować wrażenie uczestniczenia w ogromnej batalii.
Jedno, co może się podobać, to potęga dużych jednostek. Trolle i Entowie wyraźnie górują nad resztą. Największe stworzenia w grze to Olifanty. Można je pokonać, strzelając pociskami z katapult lub wykorzystując zdolności Legolasa. Oglądaliście Powrót Króla? No, to coś w tym stylu. Możemy dosiadać koni i wargów. Ale zapomnijcie o szarży w stylu jeźdźców Rohanu. Walka na wierzchowcu jest w rzeczy samej przygłupia, czyli niewygodna i mało skuteczna. I żeby bitwy były na maksa epickie, z powietrza atakują skrzydlate bestie i orły. Z tym, że ich działania są w pełni wyreżyserowane, czyli pojawiają się, kiedy chcą i robią, co chcą.
Kolejna głupota. System walki. Chociaż muszę przyznać, że pierwszy etap nie sugerował, że będzie aż tak źle. Przyciskami myszki wyprowadzamy ataki, zaś klawiszami skaczemy (pytam się – po co?), robimy uniki i biegamy. Gdy przytrzymamy Shift, możemy wyprowadzać ataki specjalnie. W sumie ciosów jest niewiele i bez przerwy wykonujemy te same combosy. Co gorsza, zabijanie nieprzyjaciół nie daje jakiejkolwiek satysfakcji, ani w żaden sposób nie punktuje. Nie możemy więc kupować nowych ciosów, strojów itp. Zabijamy wrogów, bo trzeba ich zabijać.
Przy flagach możemy zmieniać klasy postaci. Są cztery. Rycerz to taki pan w zbroi, który wymachuje mieczem. Łucznik może strzelać trującymi i eksplodującymi strzałami. Zwiadowca to skubaniec, który potrafi stać się niewidzialny. Ustawiamy się za przeciwnikiem i naciskamy: „E”. Wówczas następuje egzekucja. Koleś potrafi także rzucać ładunkami wybuchowymi. Ostatni z wielkiej czwórki to czarodziej. Ten może leczyć siebie i pobliskie jednostki, tworzyć tarczę i ciskać piorunami. Zależnie od misji, w jakiej bierzemy udział, zmienia się wygląd modelu postaci. Na przykład w Helmowym Jarze łucznicy przypominają elfy, zaś w bitwie pod Minas Tirith – Gondorczyków. Jednak ciosy i moce specjalnie pozostają niezmienione.
A co z Aragornem i Gandalfem? W single player w konkretnych sytuacjach możemy przejąć kontrolę nad bohaterem. Oprócz wyżej wspomnianych pojawią się między innymi: Gimli, Legolas i Faramir, a z tych złych: Saruman, Król Upiorów i Sauron. Ich wyjątkowość jest wyłącznie umowna, choć oczywiście posiadają jakieś tam moce specjalne.
Mamy dwa tryby rozgrywki. Docelowo tytuł przeznaczony jest głównie do zabawy sieciowej. Niemniej powiem Wam szczerze, że z dwojga złego, lepszy okazał się single player. Po prostu gra w Internecie kompletnie się nie sprawdza. Walka z żywymi przeciwnikami jest chaotyczna i kompletnie bez sensu. Deweloper zupełnie nie poradził sobie z realizacją potyczek z użyciem broni białej. Wyprowadzamy serie ciosów, ale tylko jeden z nich ma szansę trafić wroga, bo ten natychmiast robi unik, a my dalej przecinamy mieczem powietrze. A teraz złapcie się czegokolwiek, bo będą turbulencje. Multiplayer to maksymalnie 16 graczy na jednej mapie! This is Sparta!!!
No i gwóźdź do trumny. Grafika. Co tu dużo gadać. Wystarczy spojrzeć na screeny. Szpetota programu jest nie do zniesienia. Jedyna mocna rzecz w recenzowanej produkcji to oryginalna muzyka autorstwa genialnego Howarda Shore’a. Warto zaznaczyć, że utwory są doskonale dobrane do sytuacji. Zupełnie jak w Powrocie króla, tak i tutaj, stojąc przed bramą Minas Tirith, słyszymy utwór „Minas Morgul”.
Zdarzają się w grze niezłe momenty. Czasami nawet bezmyślne klikanie myszką i oglądanie ginących orków może sprawić radość. A co jeśli chodzi o etapy? Obrona Minas Tirith jest zdecydowanie najlepszym z nich. No i mamy także kampanię po stronie Zła, co nie jest bez znaczenia. Sauron zdobywa Jedyny Pierścień i podbija Śródziemie. Jeżeli nie lubisz Hobbitów, masz okazję ich pozabijać. Wszystkich.
Jako wielbiciel tego uniwersum żałuję, że Władca Pierścieni: Podbój okazał się koszmarem nie z tej ziemi. Dziwne, ale po przejściu gry, poczułem lekki wstręt do filmu. A to już nie jest normalne. Gra jest szpetna, nudna, system walki jest do kitu, a multiplayer kompletnie nie daje frajdy. Nie kupować. Absolutnie nie kupować.












